Rozmowa Józefa Buszmana z córką, Marią Buszman PDF Drukuj Email
Wpisany przez Ludwik Poloczek   
wtorek, 06 kwietnia 2010 21:47

Rozmowa Józefa Buszmana z córką, Marią Buszman

Maria Buszman: Ślązacy zawsze chcieli czegoś więcej od życia, dlatego najpierw wymagali od siebie.

Józef Buszman: Taką osobą na pewno była diakonisa Eva von Thiele-Winckler z Miechowic żyjąca w latach 1866-1930, która zaangażowała się w działalność charytatywną podczas epidemii tyfusu głodowego. Nazwana Matką Ewą, była niejako „prekursorką” Matki Teresy z Kalkuty. W 1893 r. złożyła śluby zakonne i zorganizowała w Miechowicach własny diakonat, który przyjął nazwę Fridenshort (Ostoja Pokoju). Nazwa ta została później przyjęta dla miechowickich zakładów opiekuńczych, w których pomagano biednym dzieciom, bezdomnym, upośledzonym i więźniom (bez względu na ich wyznanie czy narodowość). Poza Miechowicami, prowadziła 40 domów dla bezdomnych. Kształciła siostry i wysyłała je do pracy misyjnej w 18 krajach. Pochodziła z jednej z najbogatszych rodzin ówczesnej Europy, sama natomiast żyła w drewnianej chatce, która obecnie jest obiektem muzealnym. W niej też umarła, a na jej skromnym grobie kamienny krzyż z napisem „Ancilla Domini (Służebnica Pańska) 1866-1930” głosi chwałę Pana.

M.B.: Na Śląsku fascynują mnie nie tylko ludzie, ale także miejsca. Katowickie dzielnice Janów czy Szopienice, przyciągają jak magnes. Często zastanawiam się, skąd ta wyjątkowość? Myślę, że to genius loci… W Szopienicach urodził się Józef Ryszka, śląski poeta pokolenia Kolumbów. Pisał gwarą, ale także literacką polszczyzną. Zginął w 1943 r. w Warszawie gdy miał 23 lata. Tyle samo lat miał jego ojciec, kiedy zginał w I powstaniu śląskim. Jego wiersz „Orle Panie” można przeczytać na stronie forum Muzeum Powstania Warszawskiego, a niebawem kilka jego utworów zostanie opublikowanych przez dr. Jacka Kurka w ramach przedsięwzięcia Medium Mundi. Kiedy idę z Szopienic do Nikiszowca ulicą Oswobodzenia, przechodzę zawsze koło kamienicy nr 42, w której mieszkał górnik Franciszek Pilarek. Był prawą ręką Stanisława Ligonia, tworzył satyryczne teksty do jego audycji „Niedziela przy żeleźnioku”, „Przy sobocie po robocie”, „U Karlika brzmi muzyka”. Ligoń mawiał o nim, że miał „szpicate pióro”… Pilarek podczas wojny pracował wraz ze Zbyszko Bednorzem i Józefem Ryszką w podziemiu warszawskim, w Departamencie Informacji i Propagandy Delegatury RP – Sekcji Zachodniej przy ul. Złotej 6, redagując między innymi „Luźną Kartkę”, satyryczny dodatek do „Zachodniej Straży Rzeczpospolitej”. Nikisz wydał także na świat Teofila Ociepkę i innych malarzy Grupy Janowskiej, tak wspaniale pokazanych przez Lecha Majewskiego w filmie „Angelus”.

J.B.: Teofil Ociepka, obok Nikifora, to najbardziej znany przedstawiciel prymitywizmu w malarstwie w naszym kraju. Podobnie jak wymienieni pisarze, także Ociepka był samoukiem. Osiągnięcia artystyczne malarzy: Teofila Ociepki, Pawła Wróbla, Ewalda Gawlika, Bolesława Skulika, Erwina Sówki i innych oraz uznanie ich twórczości poza krajem, doprowadziły do zorganizowania Międzynarodowego Festiwalu Sztuki Naiwnej Nikisz-For. Wspomniałaś Lecha Majewskiego. Znamienne jest, że ten katowiczanin jest bardziej znany w świecie, niż w swoim regionie czy kraju. Jest to osobowość renesansowa. Członek Gildii Reżyserów Amerykańskich i Europejskiej Akademii Filmowej, pisarz, poeta, malarz i kompozytor, wybitny reżyser filmowy i teatralny. W maju 2006 r. w Museum of Modern Art w Nowym Yorku zorganizowano indywidualną wystawę przeglądową jego twórczości. Laurence Kardish podsumowując ją powiedział, że przedstawia twórcę poruszającego „zaniedbane przez inne media, niezagospodarowane obszary psyche współczesnego człowieka”.

M.B.: Chciałabym jeszcze upomnieć się o pamięć dla tzw. śląskich pisarzy samorodnych. Ostatnią publikacją na ten temat była książka Jadwigi Kucianki wydana w 1968 r. Jeden z opisywanych przez nią twórców, pochodzący z Piekar Śląskich pisarz Maksymilian Jasionowski, był z zawodu górnikiem dołowym, a uczył się francuskiego, niemiecki znał biegle, czytał między innymi R. Rollanada, H. Worcella, G. W. Leibniza i Platona. Oczywiście czytał także klasyków literatury pięknej, od nich ucząc się języka i kunsztu literackiego. M. Jasionowski wspomina w korespondencji do Jadwigi Kucianki, że mieszkańcy Piekar i okolic chodzili po książki aż do Bytomia, gdzie pewien właściciel drukarni prowadził prywatną bibliotekę. Było tak do 1870 r., kiedy piekarski kowal Karol Opiłka, wyrzucony z pracy z powodów politycznych, został obdarowany ze strony wydawców poznańskich i krakowskich zbiorem liczącym prawie dwa tysiące woluminów, który stał się pierwszą biblioteką piekarską. Książka na Śląsku cieszyła się ogromnym szacunkiem. Ślązacy mieli nawyk czytania i szeroki dostęp do literatury i prasy. Ciekawostką jest informacja o poziomie analfabetyzmu w 1931 r. W Polsce wynosił on 23,1 proc., na Śląsku – 1,6 proc., a w Katowicach 1,1 proc.

J.B.: Tak rozpowszechniona umiejętność czytania była z jednej strony owocem działania na Śląsku sieci szkół parafialnych (powstających właściwie już od średniowiecza), z drugiej opisanych powyżej cech osobowych i społecznych Ślązaków. Umiejętność i potrzeba czytania szła często w parze z nawykami muzykowania i śpiewania. Ta ziemia wydała tak wybitnych twórców jak Wincenty z Kielczy, który jest autorem hymnu „Gaude Mater Polonia” i innych dzieł, Grzegorza Gerwazego Gorczyckiego z Rozbarku, Józefa Elsnera (nauczyciela Fryderyka Chopina). Sądzę, że nie jest także dziełem przypadku, że Narodowa Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia, powołana w 1935 r. jako Wielka Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia przez Grzegorza Fitelberga w Warszawie, działa od 1945 r. właśnie w Katowicach. Natomiast liczba chórów i towarzystw śpiewaczych, działających w okresie międzywojnia na Śląsku, do dzisiaj nie została przekroczona w żadnym innym regionie. Warto także przypomnieć, że w 1855 r. władze Katowic zaprosiły Antoniego Rubinsteina, jednego z największych ówczesnych kompozytorów i pianistów, twórcę Konserwatorium w Sankt Petersburgu, który dawał koncerty w całej Europie. Wieś Katowice znalazła się na trasie koncertowej w Prusach zaraz po stolicy państwa – Berlinie. Pamiętajmy, że dopiero dziesięć lat później Katowice uzyskały prawa miejskie. Natomiast w 1906 r. nieprzebrane tłumy, zebrane między dzisiejszym placem Wolności a ówczesnym dworcem kolejowym, przybyły by posłuchać koncertu Ignacego Jana Paderewskiego, przyjaciela Wojciecha Korfantego i (jak sam to podkreślał) Górnoślązaków. Jeśli chodzi o historię edukacji Ślązaków, można przytoczyć spis studentów Akademii Krakowskiej (dzisiejszego Uniwersytetu Jagiellońskiego), który zawiera m.in. metryki Górnoślązaków z dzisiejszego powiatu mikołowskiego: Jana - syna Bernarda z Gardawic (1400 r.), Henryka Jana - syna Jana Orzeskiego (1459 r.), Stanisława - syna Jana Woszczyckiego (1488 r.) i Jana - syna Piotra Orzeskiego (1536 r.). Jak pisze logicznie ówczesny kronikarz, „tam skąd pochodzili studenci, istniały szkoły parafialne, które wysyłały ich do Krakowa”. Warto też wspomnieć, że do okresu oświecenia najwięcej profesorów i rektorów Uniwersytetu Jagiellońskiego pochodziło z Górnego Śląska.

M.B.: Ale na Śląsku nie tylko szkolnictwo było rozwinięte. Przeglądając informatory teleadresowe i przewodniki wydane w latach dwudziestych możemy się dowiedzieć, że katowiczanie mogli przed wojną sprawy finansowe załatwiać w ponad 20 różnych bankach, korzystać z 10 czytelni Towarzystwa Czytelni Ludowych i z dwóch prywatnych wypożyczalni. W Katowicach miało swoje siedziby 12 konsulatów: angielski, austriacki, brazylijski, duński, fiński, francuski, hiszpański, łotewski, niemiecki, szwedzki, węgierski i włoski. Mieszkańcy stolicy województwa śląskiego mogli wolny czas spędzać na uprawianiu sportu – od lekkiej atletyki po łowiectwo. Było to możliwe w 25 różnych związkach i klubach sportowych. W mieście istniało ponad 20 lokali, oferujących - oprócz wyszukanej kuchni, także rozrywkę - występy kabaretów, koncerty czy dancingi. Można się było wybrać do jednego z 9 kin, w tym do jednego z najnowocześniejszych wtedy w kraju kinoteatru Rialto.

J.B.: Ta bogata oferta możliwa była dlatego, że istniał wysoki popyt. Ten z kolei był dorobkiem wielu pokoleń. Szkoda, że w tak wielu dziedzinach ostatnie dziesięciolecia przyniosły straty wciąż trudne do odrobienia.

M.B.: W dwudziestoleciu międzywojennym Katowice były jednym z pięciu wielkich ośrodków prasowych, zaraz obok Warszawy, Krakowa, Lwowa i Poznania. Katowiczanie mogli wybrać swoje ulubione czasopismo spośród 259 tytułów prasowych(!), a w całym województwie wychodziło 507 tytułów w okresie między przyłączeniem Śląska do Macierzy a początkiem wojny. Zupełnie subiektywnie wspomnę o Wojciechu Korfantym, który poza wydawaniem w Katowicach „Polonii”, i co ciekawe… bardzo popularnej bulwarówki „Siedem Groszy”, od 1924 r. wydawał także w Warszawie ogólnopolski dziennik „Rzeczpospolita”. Swoje miejsce na wydawniczej arenie, mimo obowiązującej cenzury politycznej i obyczajowej, miał także Alfons Pośpiech ze swoją „Trybuną Śląską. Pismem polityczno-niezależnym”. Tępił, nie przebierając w słowach, wszelkie nadużycia sanacyjnych rządów, dorabiając się przydomka separatysty.

J.B.: Do dzisiaj słowem tym straszy się ludzi płytko myślących, przypisując na Śląsku ten przydomek każdemu, kto chce zachować samodzielność myślenia i broni swej tożsamości. Mówiąc o społecznym aspekcie przeobrażeń polityczno-gospodarczych na Górnym Śląsku, nie sposób pominąć trzech wybitnych osobowości: wspominanego już Wojciecha Korfantego, Konstantego Wolnego czy Józefa Rymera. Ci wielcy politycy, czekający wciąż na obiektywną ocenę historyczną, są osobowościami pierwszoplanowymi dla chrześcijańskiej nauki społecznej, a dla aktywnych współcześnie polityków, niedoścignionym wzorem rzetelności, tolerancji, dialogu, kultury i samodzielności myślenia nacechowanego troską o dobro wspólne. Najważniejsze jednak, by współcześnie żyjący i działający na Śląsku, nie skupiali się na sporach, lecz na tym, co łączy. Dla dobra Śląska. Wtedy nasz region ma szansę znowu stać się „szmaragdem Europy” - jak pięknie nazwał Śląsk XVII-wieczny poeta Henryk Mühlpfort.